wtorek, 9 lipca 2013

Sprzątanie i stolik "hand made" :)

Nie lubię sprzątać i nie będę udawała, że jest inaczej. Z resztą 90% kobiet też nie lubi, ale to nie poprawne politycznie się do tego przyznać. Ta moim zdaniem najgorsza "domowa tortura" może mieć liczne oblicza. Istnieje bardzo mały odsetek czynność związanych ze sprzątaniem, które wywołują cień uśmiechu na mojej twarzy.
Są to układanie czegoś kolorami czy segregowanie płyt oraz czynność , która nie wiem właściwie mnie cieszy, a mianowicie usuwanie osadu z herbaty z kubków czy ogólnie mycie czegoś tak by powoli pojawiał się na nich ślad dawnego piękna. Kubki szoruję solą i czuję się w tedy zwyciężczynią nad brudem. Za to nienawidzę ścierać kurze, układać pranie oraz różne rzeczy do szafy, bo w połowie stwierdzam, że jest ich za dużo , ale nic nie wyrzucę. Na mojej czarnej liście jest jeszcze odkurzanie.
Zawsze mówię, że zrobię wszystko, ale za to bym chętnie komuś zapłaciła. Z resztą jeżeli jakaś kobieta mówi, że lubi sprzątać to jest a.szalona, b.chce zdobyć faceta i kłamie, c. jedno i drugie, d.kłamie, e. ma takie hobby?! yyyyy ?! 
Dziś niestety zeszłam do jaskini piekieł czyli piwnicy, a raczej tajnego gumowego składzika , rzeczy albo wcale niekochanych, albo zbyt kochanych by się z nimi rozstać. Nie lubię piwnicy za to, że tam łączą się dwie moje znienawidzone czynności z kategorii sprzątanie: ścieranie kurzu i układanie rzeczy, których jest za dużo. Do tego takie wewnętrzne poczucie, a co jeśli tu jest pan pająk?
W czasie tej paskudnej zabawy znalazłam parę ciekawych rzeczy. Między innymi stolik, którego wiele lat nie widziałam. Nie ukrywam, że w akademiku stolik się bardzo przyda. Po co mam kupować nowy? Ten zrobił mój dziadek kiedyś dla mojej mamy. Kiedyś na dole był parkiet do tańca dla latek, co potem ze stolikiem było i czemu tam trafił nie pamiętam.
Przyda się owszem, ale nie da się tak od razu go wziąć do akademika. Kiedyś stał tez na nim kwiat w doniczce i powstała wielka nieciekawa plama .Do tego resztki moich naklejek to razem nie wyglądało dobrze.
Musiałam go trochę odczyścić na początek. Czym przykryłam plamę? Tu sprawdza się technika decupage, a do dekoracji wybrałam wielką baletnicę.
Czyszczenie zajęło mi troche, bo jak się okazało nóżki wcale nie są czarce, tylko złote, ale zaśniedziały od stania w piwnicy, trochę zabawy z gąbkami i ścierkami. Jednak brud na nóżkach nie puszczał tak szybko. Jak wspominałam usuwanie brudu to jedna z nielicznych czynności z pakietu sprzątanie, którą jakoś od biedy lubię. Do usuwania takich osadów dobra jest pasta do zębów najlepsza jest wybielająca. Metoda jest prosta nasmarować poczekać i powoli trochę puszcza.
Po "ogarnięciu" czas na dekorowanie. Na początek trzeba wyciąć baletnice z papieru ryżowego, by zrobić to dokładniej trzeba użyć specjalnego nożyka, to trochę pracy, ale nie może być widać białych krawędzi od obrazka, bo wtedy strasznie widać, że to naklejka , a chodzi o to by obrazek sprawiał wrażenie części deski. W trakcie okazało się, że sama baletnica nie pokryje całej plamy, więc musiałam dodać do tego kwiaty w tle za baletnicą. Na dolnej półce był jeszcze ślad po jakiejś szklance, więc również trzeba go było czymś zasłonić.
By rysunek lepiej się przyjął całość przetarłam parę razy papierem ściernym. Po ułożenie wszystkich elementów przykleiłam je klejem do decupage , a po wyschnięciu kilkoma warstwami lakieru błyszczącego. Osobiście wolę ten błyszczący, bo lubię jak dany mebel czy pudełko na biżuterię lekko błyszczy ;) Na dole obok główki baletnicy dodałam suszone kwiatki i jeszcze jedną mała baletnicę. Kwiatki wysuszyłam już  dawno, mam je od babci z ogródka, bo te gotowe do dekoracji często są bezpodstawnie dość drogie. Po co płacić aż tyle? W trakcie klejenia obrazek może nam się wydawać za ciemny, ale to efekt powodowany tym, ze obrazek nasiąka klejem, to efekt przejściowy, wszystko potem się wyrównuje, ale należy pamiętać, ze nie będzie idealnie taki jak zaraz po wycięciu i przyłożeniu, bo sam cel tej techniki to uzyskanie efektu wtopienia się obrazka w drewno. Użyłam papieru ryżowego, który jest nieco grubszy niż serwetki , których używa się tradycyjnie. Serwetki nie sprawdziły by się tutaj, ponieważ stolik jest dość cienkie, a one z racji tego ,że są dość ciemne wchłonęły by strasznie dużo kleju i obrazek był by bardzo ciemny i nie wyraźny. W czasie klejenia należy wszystko dokładnie przyciskać i wygładzać. Na koniec otrzymujemy taki oto efekt. Na stoliku spokojnie można postawić kubek z herbatą czy coś mokrego, bo obrazek jest pokryty bardzo dużą warstwą lakieru.
Tak oto stolik dostał drugą szansę :)

fot. mama, modelka niestety, bądź stety ja, a to ta klatka

Technika decupage jest przypisywana Francji, mimo iż według historii podobno pochodzi z Syberii, więc załączam kilka piosenek pochodzenia francuskiego ;) W samej Francji byłam tylko przejazdem jako dziecko, ale nadrobi się. Do tego sama tancerka kojarzy mi się z tym krajem, bo jako dziecko byłam zafascynowana jednym z numerów "Wielkich malarzy", gdzie prezentowany był znany z malowania baletnic Edgar_Degas.
Playlista:
Nouvelle Vague - Ever Fallen In Love
Amelie Soundtrack 1 - J'y suis jamais allé
Yann Tiersen - La Veillée
Edith Piaf-Milord
Nouvelle Vague - Dance with me
 Mogę na nim postawić swoją klatkę z ptakami i będzie całość tworzyła ciekawy klimat ;)
Tak wygląda cały arkusz papieru, który wykorzystałam klik

poniedziałek, 8 lipca 2013

Recenzja książki „Krzyk pod wodą”

students.pl
Ostatnio to Skandynawia wiedzie prym w kryminałach. Dla mnie to pierwsze zetknięcie się z literaturą z tej części Europy. Tym razem na rynek trafia nie szwedzki kryminał, a duński. 
Do zimnej, ale jakże klimatycznej Kopenhagi przybywa młoda psycholog Katrine Wraa. Ma zająć się pracą w oddziale zwalczającym przestępczość zorganizowaną. W tym czasie w Kopenhadze zostaje popełnione brutalne morderstwo. Katrine musi się zmierzyć nie tylko z wyzwaniem jakim jest powrót do jej drugiej ojczyzny (jest pół Angielką, pół Dunką) , ale także z demonami z przeszłości. Do tego sprawa nie okazuje się taka prosta jak się wydawało, mimo iż zbrodnia została popełniona w dobrej rodzinie na wierzch wychodzą różne rodzinne tajemnice, oprócz tego nie wszyscy policjanci są przekonani co do celowości pracy Katrine.

Bardzo dużym atutem jest zestawienie dwóch miejsc na początku powieści. Katrine wraca z gorącego Egiptu do zimnej Danii. Zamieszkuje w swoim rodzinnym domu, który pełen jest wspomnień. W trakcie czytania poznajemy przeszłość głównej bohaterki. Cały czas żyje ze świadomością, że to przez nią jej chłopak popełnił samobójstwo. To zestawienie sprawia , że już na początku powieści odczuwamy wewnętrzne zimno, a nawet lekki smutek. Na drugim biegunie mamy policjanta Jensa, który współpracuje z Katrine. On również nie jest szczególnie szczęśliwym człowiekiem. Bohaterowie są bardzo dobrze przedstawieni i dobrani. Zimno w powieści i w sensie dosłownym i przenośnym odczuwamy w momencie poznania rodziny ofiary, w której na pierwszym miejscu jest kariera, a na drugim życie rodzinne.

Akcja przerywana jest fragmentami pisanymi kursywą, które przedstawiają życie pewnej dziewczynki, która najpierw jest źle traktowana przez matkę, a potem sama zaczyna zbaczać z prawej ścieżki. Na początku nie wiemy kim jest owa bohaterka, należy doczekać do końca, by o tak niecny życiorys posądzić jedną z najspokojniejszych bohaterek. Jest to świetne urozmaicenie, bo z chęcią śledzimy najpierw losy niekochanego dziecka, potem zepsutej dziewczynki, a na końcu wytrawnej morderczyni. Nie należy pomijać tych fragmentów.

Powieść pisana jest przez duet zarówno zawodowy jak i życiowy czyli Jeanette Øbro Gerlow i Ole Tornbjerg. Jako czytelniczka nie wyczułam tego, że książka jest pisana przez dwie osoby, ponieważ jest bardzo spójna pod względem treści, języka i stylu. Językowo jest w porządku, nie jesteśmy zasypywani powtórzeniami, ani też zbyt fachowym językiem. Autorzy skupili się bardziej na warstwie psychologicznej niż na technice pracy policji , co sprawia, ze jest łatwa w odbiorze. Ze strony technicznej warto zaznaczyć , że książka nie jest podzielona na klasyczne rozdziały, ale na mniejsze odcinki.

Wielkim plusem jest niezwykła klimatyczność powieści uzyskana zarówno przez opisy jak i przez dialogi. Opisy nie męczą czytelnika, są bardzo konkretne. Ciekawym pomysłem jest zestawienie w powieści rożnych stanów społecznych. Książka pokazuje nam co może motywować człowieka do zbrodni. Nie jest to motyw pieniężny, ale prawdziwe cierpienie. Książka momentami jest przygnębiająca i zimna, ale to jest raczej plusem, bo nie wyobrażam sobie by kryminał i to jeszcze skandynawski miał być „milusi". W książce między wierszami przedstawiane są realia dzisiejszej Danii, dowiadujemy się, że jest to drogi kraj, ale także multikulturowy. Gówna bohaterka jest pól Dunką pół Angielką, a jej partner z pracy ma córkę z Francuzką. Motyw ten jest także bardzo wyraźny gdy poznajemy podejrzanego o zbrodnię imigranta i jego historie w której to Dania miała być rajem i szansą na lepsze życie.

Bardzo zaskakujące jest zakończenie, przez pół książki jesteśmy przekonani, że sprawca jest znany i tylko czekamy aż będzie można go przesłuchać, potem przez moment mamy wątpliwości, ale sprawca to osoba, która nawet z opisu jest anielsko piękna, wykonuje jeden z najpiękniejszych zawodów na świecie i jest osobą, której chętnie byśmy zaufali. Podoba mi się pomysł, by właśnie taki był sprawca, to czyni książkę nieprzewidywalną. Cała konwencja opisania zbrodni, która dzieje się w środowisku osób o nieskalanej opinii i w kraju, gdzie morderstwa to rzadkość , a ludziom żyje się najlepiej w Europie. Głównym motywem w powieści jest woda, pojawia się ona na początku we wspomnieniach matki dziewczynki, która poznajemy we wplatanych fragmentach. Katrine uczy się nurkować, na początku książki się tego boi, na końcu w epilogu pierwszy raz robi to bez strachu. Woda także zabiera jej ukochanego. Czasami jakiś trop jest w tytle książki, ale autor o nim zapomina, tu nic nie jest bez celowe, duet z Danii bardzo dokładnie zaplanował swoją powieść. Naprawdę warto sięgnąć po tą książkę, jednak warto przykryć się kocem bo to podróż w mroczne i zimne zakątki zarówno Europy jak i duszy człowieka. Polecam.


Tytuł "Krzyk pod wodą" (Skrig under vand)
Autorzy: Jeanette Øbro Gerlow i Ole Tornbjerg
Wydawnictwo: nsignis
Ilość stron: 406
Rok wydania: 2012
Przekład: Justyna Haber
Cena: 34,99zł
.

sobota, 6 lipca 2013

"Ołowiany świt"- recenzja

źródło: ksiazki.okazje.info.pl
Mam już takie nietypowe hobby jakim jest urbex i tego nie zmienię. W czasie zakupów , a dokładnie mojej wyprawy po kolejny tom czytadła z serii o rodzinie Dollangangerów, którego finalnie nie kupiłam, wpadła mi w ręce książka z kusząca okładką z człowiekiem w masce przeciw gazowej. Od jakiegoś czasu pasjonuje mnie wszystko co jest związane z reaktorem numer 4 i zoną , więc stwierdziłam , że wchodzę w to i kupuję! 
Tak, stało się, jak to określa autor weszłam razem z nim w Zonę, gdzie jak potem dodaje wszyscy już jesteśmy. Akcja powieści rozgrywa się w trzech obszarach na "pograniczu" , epizodycznie na "dużej ziemi" i najbrutalniejsze, najważniejsze i najostrzejsze fragmenty w samej Zonie. Akcja nie jest rozplanowana jak w typowym opowiadaniu SF o tej tematyce, bo jak da się zauważyć autor pomija Prypeć i Czarnobyl, mówi się o nich tylko epizodycznie. 
Głównym bohaterem jest Michał, Misza, który nosi przydomek Miś. O samym "Misiu" wiemy dość nie wiele, jest polskim stalkerem. W trakcie książki tylko epizodycznie wspomina o swojej przeszłości, że nic mu nie brakowało, czasami mówi coś na temat swoich wschodnich korzeni i tylko tyle. Podobno poczuł "zew zony" i dlatego zdecydował się przystać do stalkerów. Wraz z kolegami przemierza zonę w poszukiwaniu "artefaktów" i próbuje utrzymać się w ciężkich warunkach. Po drodze spotyka wiele przeszkód w postaci anomalii i mutantów. Czas powieści to rok 2013, czytam , że po katastrofie z roku 1986, miały miejsce tu jeszcze dwie "emisje", terenem interesowało się wojsko i wykonywało tam różnorakie tajne badania , jednak  nikt podobno nie przetrwał ostatniej katastrofy z roku 2006, która zrodziła jeszcze więcej mutantów i anomalii. Miś w trakcie swojej walki o byt trafia na ślad i próbuje odkryć nad czym pracowano w Zonie

Fikcja naukowa tak określa się tego typu opowieści. Całość jest bardzo rozbudowana, autor stworzył nowy świat na kanwie powieści braci Arkadija i Borisa Strugackich "Piknik na skraju drogi", serii gier komputerowych i naszych wyobrażeń o tym jak wielkie spustoszenie mogą siać katastrofy nuklearne. Autor sprawnie nakreślił losy postaci i wykreował całkiem odmienną rzeczywistość. Poznajemy grupę bezimiennych stalkerów, każdy z nich ma jakąś tajemnicę i jest poniekąd swoistą zagadką dla czytelnika. Wśród nich są zarówno wojownicy jak i typowi złodzieje, w ich obozowisku w Jołczy panuje swoista hierarchia. Za jej nie przestrzeganie można nabawić się kłopotów. Sama Zona obfituje także w nieprzychylnych im ludzi i stworzenia. 
Książka pisana jest w narracji pierwszoosobowej , więc mamy wrażenie, ze podróżujemy po Zonie razem z Misiem i razem z nim musimy walczyć o nasz byt. Emocje są tak dawkowane, że kiedy tylko poczujemy chwilę wytchnienia zza rogu atakuje nas jakiś mutant. Godna uwagi jest dbałość o detale przy opisach, każdy kto choć raz był na eksploracji jakiegoś pustostanu doceni fragmenty opisujące stopień zepsucia budynków. Opisy ubarwiają akcję, ale nie męczą czytelnika, czasami są wręcz przerażające przez swoją selektywną dokładność. 
Gdyby odrzucić wszystkie motywy typowe dla gatunku SF moglibyśmy powiedzieć, że jest to powieść o człowieku, który przez wędrówkę przełamuje granice własnej słabości i poznaje siebie, bo nawet sam autor w filmikach promocyjnych do książki podkreśla, że żyjesz tylko w tedy , gdy jesteś sam i czujesz świat , a nie jesteś częścią tłumu. Miś ma nie jasną historię, potem pojawiają się u niego luki w pamięci i koszmary, które mogą być furtką do kolejnej części. Miś jest postacią zmienną z jednej strony brutalnie zabija chłopaka , który chce zostać jak on stalkerem, z drugiej oszczędza dziewczynę spotkaną po drodze. Jest w Zonie 3 lata i nazywa ją swoją kochanką. To dość nietypowy bohater nie jednoznacznie zepsuty, ale też nie nazwali byśmy go człowiekiem krystalicznym, do tego jest samotnikiem. 
Cała książka jest dość nietypowa , można ją czytać na kilku płaszczyznach. Z jednej strony to opowieść o stalkerach, historia SF pełna potworów i anomalii. Może to też być ciekawa lektura dla fanów urbexu i pustostanów. Z drugiej zaś jest to opowieść o szukaniu siebie w niesprzyjających warunkach i walce z własnym strachem oraz walce o siebie, a przy okazji o tym jak człowiek może dawać sobie radę w tedy, gdy jest całkiem sam i zdany na siebie. Książkę czytało mi się bardzo dobrze, jest momentami dziwaczna i nie prawdopodobna, ale jeżeli ktoś w SF, czyli gatunku, który w swojej nazwie ma słowo "fikcja" szuka prawdy jak by to rzekli starożytni jest "głupcem". Wielkim plusem ode mnie dla autora jest stworzenie nowych obszarów i miejsc, a nie bazowanie na scenach dobrze znanych wszystkim zainteresowanym Czarnobylem, czyli diabelskim młynem z Prypeci, starym szpitalem, malowaną chatą i basenem. Wreszcie w tym temacie ktoś postanowił pomyśleć, co może być dalej, nie tylko operowanie utartymi schematami. Wreszcie powiew świeżości i coś nowego. Zakończenie jest zaskakujące, bo nie wiemy co dalej z Misiem, Zona to jego świat, co zrobi dalej? Czy odkryje nad czym dokładnie pracowało wojsko, co on ma z tym wspólnego i czemu poczuł "zew zony"? Może autor stworzy dla nas kolejne części. Na razie polecam "Ołowiany świt" i życzę "Dobrej Zony!" przyjaciele stalkerzy.

Tytuł: "Ołowiany świt" 
Autor: Michał Gołkowski
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok:2013
Miejsce: Lublin
Oprawa : miękka   
Ilość stron: 357
Cena: 34,90zł    

Na koniec polecam film w którym autor sam opowiada o swojej książce jeden z 6 wprowadzających nas w klimat i promujących książkę :)
TAJEMNICE ZONY #6 OŁOWIANY ŚWIT  
 

piątek, 5 lipca 2013

Wakacyjny powrót do domu

Mam na imię Emilia mam 20 lat jestem graciarą... Tak, to prawda. Z okazji wakacji musiałam wyprowadzić się na 3 miesiące ze swojej jaskini zła na IX piętrze i przy okazji ogarnąć swoje rzeczy. Miałam karimatę [*] wywalona, leki na każdą chorobę [*] wywalone, resztki lakieru bo "się przyda" [*] wywalone i wiele innych rzeczy, których nie pamiętam , znaczy nie są mi potrzebne. Co prawda raz znalazłam na "Ochronie wód" w szafce laboratoryjnej pełno lakierów, znaczy na prawdę mogą się przydać, ale chyba raczej w akademiku wody badała nie będę. Znalazłam na prawdę wiele rzeczy, a jeszcze więcej zostawiłam w przechowalni między innymi moje słynne 0,5kg ciężarki. Musiałam za to wyrzucić moja designerską lampkę. Kilka tygodni temu potłukł mi się dół od niej, taki kotek, więc ja z oszczędności zrobiłam nowy ze szklanki, flamastra i resztek obliczeń z matematyki. Jeszcze więcej rzeczy powysyłałam do siebie paczkami, to trochę śmieszne nadawac paczkę sama do siebie, więc wpisałam mamę jako odbiorce, ale to i tak sytuacja rodem jak z Jasia Fasoli i jego kartek na święta do samego siebie czy życzeń na urodziny . Śmieszne, ale cóż poradzić jakoś trzeba część rzeczy przetransportować , a pociąg plus milion paczek to nie wygląda za dobrze. Do przechowalni poszły tylko 3 kartony, mistrzowie zostawili tam więcej majątku. Sprzątałam pokój taką metodą jakoś Dem3000 sprzątał swoją łazienkę i pod nosem mruczałam bardzo niegrzeczne, a ja się oduczam przeklinać "Wszystko weź wyp***dol", bo niestety, ale czasem tak trzeba podejść do sprawy, 9 miesięcy do dobry czas na nagromadzenie się "przydasiów" , a właściwie najcenniejsze rzeczy jakich sie dorobiłam to notatki i wspomnienia z tych 9 miesięcy, choć w sumie i wspomnienia i notatki powstaną nowe. Choć może już drugi raz mnie tak posiewy nie ucieszą , chociaż nie za każdym razem emocje są te same. Dalej w Szczecinie zostało mi masę miejsc do odkrycia. A co sobie będe żałować , na drugim roku też pokój zagracę! :D Jest tylko lista rzeczy, których już na pewno nie kupię np.
1. podgrzewacze - A dawno nikt z portierni nie przybiegał, że się pali? Po tym jak w tym roku włączył się alarm to stanowczo tego nie potrzebuję!
2. słomki do napojów- mam całe opakowanie, a co to wersal, że trzeba pić tak elegancko?
3. papierowe torby w sklepie- mogłam sobie z nich dom zbudować
4. tu pojawia się sprzeczność, bo nie wiem czy moge tak umieścić tu karimatę, bo z jednej strony przydatna, a z drugiej zagraca przestrzeń
5. kosmetyki w "promocji" i z "Manhattanu"  owy "Manhattan" to jedno wielkie zbiorowisko straganów, czasem jest tam coś fajnego, ale jakoś obawiam się tamtejszych kosmetyków, a co do tych z promocji to już miałam raz krem, który uczulał i balsam do ciała, który nie nawilżał
6. tarka do jarzyn, która poszła do przechowalni, a tarłam nią tylko raz czekoladę na ciasto
To moja diabelska szóstka. Nie kupię więcej i zaoszczędzę ! Na koniec tak by poprawić humor moje "pocztówki z magicznej krainy" jedna ze Szczecina, druga z Zielonej Góry  :)
         
 "Gravity release me,
And dont ever hold me down
Now my feet won't touch the ground. "

Coldplay - Life In Technicolor ii 












 Sfiksowany szczeciński królik spotkany niedaleko trasy zamkowej w czasie pobytu u mnie moich przyjaciółek... 
Może podążę za nim ....
http://www.youtube.com/watch?v=DbnVdjh4muo  
Bo wszystko czasem bywa dziwaczne ;) 







Trzeba czasem wywalić trochę rzeczy, by nie trzymały nas w miejscu i by mieć miejsce na nowe i biec z duchem czasu. Każde stare "graty" to stara zła energia, a jak mam dalej walczyć o swoje skoro coś mnie trzyma? Postęp to ważna sprawa, chyba trzeba się wyprowadzać z pokoju na wakacje, po to by po 5 latach studiów nie musieć wynajmować ciężarówki i kontenera na stare śmieci. Na koniec rzucę jeszcze playlistą , a co mi tam. 
Ta piosenka to ostatnio hit, trochę nie mój styl,ale podoba mi  się tekst i moc, którą niesie 

"Here we go back, this is the moment
Tonight is the night, we’ll fight till it’s over
So we put our hands up like the ceiling can’t hold us
Like the ceiling can’t hold us"





"Warning. Live without warning
Say warning. Live without warning
Without. Alright."




'Cause I'm TNT
I'm Dynamite
TNT and I'll win the fight
TNT I'm a power-load
TNT watch me explode






Ta piosenka mnie rozbija i miażdży :) Nie lubię oryginału, ale tą bardzo :)

"DNA wrapped around histones.
It's all in the chromosome.
Everything in your genome:
It's all in the chromosome."

czwartek, 30 maja 2013

Kolejne pocztówki z lepszego świata

Dalej tworzę swoją kolekcję, trochę nowości do niej. Zbierane przez pewien czas... Postcards from Wonderland !
 "Night, night of matter
Black flowers blossom
Fearless on my breath
Black flowers blossom
Fearless on my breath"

Massive Attack - Teardrop  
" Electrohead! Electrohead!
Electrohead!
It's in my body! It's in my soul!
If any at all!"
Combichrist - Electrohead
 "Don't worry yourself
Everything is everything.
Don't worry yourself
Everything is everything."

Beats And Styles - Everything Is Everything 
 "You'll be given love
You'll be taken care of
You'll be given love
You have to trust it"

Björk - All is full of love  

"Is there a way to find a cure for this
Implanted in a pill?
Is it just the name upon the bottle which
That determines If it will?"  


The White Stripes - Girl, You Have No Faith in Medicine 
 
"Oh that road is there
Oh that road is there
Come on back,back"

Budgie - Parents  
 "Cause you were all "Yellow,"
I drew a line,
I drew a line for you,
Oh what a thing to do,
And it was all "Yellow""

Coldplay - Yellow  











 "Czekam aż znów spadnie deszcz,
gdy całe miasto w słońcu kąpie się.
Czekam aż znów spadnie deszcz,
w kroplach deszczu się odnajdę wiem.
wiem..."
Patrycja Markowska - Deszcz

poniedziałek, 20 maja 2013

Z gatunku mądrości i teorie o niczym "Teoria o życiu i bryłach"

  Czasem tak mam, że dorabiam do życia wiele własnych teorii i przemyśleń , czasem bardzo abstrakcyjnych, tym razem pod wpływem trochę psychodelicznych, trochę nader geometrycznych grafik M.C. Escher'a czasem zastanawiam się nad bryłami i geometrią. Dzięki Bogu nie mam na studiach projektowania, ale czasem właśnie wyrysowuję mniej lub bardziej udane bryły i tak według brył udało mi się wyizolować kilka modeli życia.


1."Sześcian". Kultowy horror lat 90' to słynny "Cube" czyli sześcian. Fabuła dość banalna kilkoro ludzi nie wiadomo skąd znajduje się w sześcianie jest tam pełno pułapek i zasadzek, mnie osobiście nie przerażają same pułapki co właśnie sześcian i fakt, że ciężko się z niego wydostać. Jak wygląda w nim życie? Cóż sam sześcian jest bryłą, ma wszystkie krawędzie jednakowe i jest dość prosty , bo jego objętość to pewna liczba podniesiona do potęgi trzeciej, tyle z matematyki. Jednak moim zdaniem w takim sześcianie "szczęścianie" możemy zamknąć się sami. Wygodnie jest nie wychylać się za daleko, mieć wszystko pod ręką? To trochę jak mityczna złota klatka. W taki sześcian zdarza się zamykać także mi , wszystko jest podane nie sięgam po więcej, występują w nim te same osoby i razem wzorem bohaterów szukamy wyjścia, albo co gorsza poddajemy się i siadamy. Zaletą  jest pozorne bezpieczeństwo, bo jeżeli nasz sześcian jest złotą klatką i nie ma w nim niebezpieczeństw jak w "Cube" to przy braku poczucia wolności można w nim żyć, ma nawet 4 kąty i można przystanąć by odpocząć, gorzej jednak, gdy w naszym sześcianie pojawi się niebezpieczeństwo, a my zakryliśmy już pokrywę i wyrzuciliśmy drabinę, bo wydawało nam się, że to dobre schronienie.

2. "Kula". Ostatnio modne jest wchodzenie do nadmuchanej kuli i takie bieganie po wodzie, nawet w jednej z edycji Top model zawodniczki miały właśnie w takiej sytuacji pokazywać stroje. Kula to kolejna bryła, ma w sobie coś tajemniczego, bo jej objętość , czyli powierzchnię życiową w jej wnętrzu wyznacza się z liczbą π, która ma bardzo długie rozwinięcie dziesiętne, więc podając przybliżenie nigdy nie poznamy prawdy. Jakie jest życie w kuli? Na pozór bezpieczne, ale w przeciwieństwie do sześcianu, nie ma w niej żadnego rogu , by odpocząć, przystanąć, idąc w kuli do przodu to ona nadaje tempo naszemu życiu, ale także szczelnie izoluje nas przed rzeczywistością, nie ma z niej wyjścia, jesteśmy trochę jak chomik w kołowrotku, a gdy się rozpędzi może nas zawieść w kłopoty i będzie otoczeni złem z zewnątrz i biernymi obserwatorami. Z kuli można się wydostać, ale potrzeba więcej siły niż w przypadku sześcianu, nie da się wspiąć po ścianie, trzeba się rozpędzić i w cos uderzyć, by ją rozbić. Może to być niebezpieczne i zrywając z tym modelem życia możemy po drodze się mocno pokaleczyć, a potem dalej potykać o rozbite fragmenty. Wyjście jest bardzo trudne, ale warto.

3."Walec". Tu mamy dwie możliwości, albo koło opiera się o grunt tj.walec stojący, albo walec toczy
się jak kula. Walec również liczymy z pi, więc będą nie jasności, jest to jedna z gorszych wersji życia. Trudno się wydostać, jest się jak w puszce, aż mam ochotę wrócić pamięcią do słynnej puszki Andego Warhola. Znowu jest niby bezpiecznie, ale jednak ciasno i duszno, jesteśmy wręcz" zalewani" zupą codzienności i możemy w tym zginać. Stąd już chyba nie ma wyjścia, albo jeżeli jest to bardzo trudne lub tylko z pomocą innych. Jeżeli jest to szara metalowa puszka , bo np. groszku do codziennej sałatki, to jeszcze można wspiąć się po ściankach, ale nie wiadomo, czy wyjscie do góry jest otwarte.

4."Stożek"  Trochę jak urodzinowa czapka, takie życie też może być prezentem, niekoniecznie chcianym. Stożek, znowu koło w podstawie, jednak nie ma wyjścia, jeszcze gorzej niż w walcu. Gdy wspinamy się do góry to ześlizgujemy sie po ścianach, bo do góry jest ostra krawędź, gdy stożek odwrócimy to spadamy w ciasną przestrzeń. Tu na końcu czeka na nas nie wyjście a kolejne uwięzienie, to jak sytuacja bez wyjścia. To tak jak zamknięcie na szczycie wieży, ale wybawca nie przyjedzie, bo nie dostanie się do środka, a gdy będzie chciał zniszczyć stożek od zewnątrz to tylko zabije uwięzioną w nim osobę.

Każdy z nas czasem daje zamknąć się w jakąś bryłę, wisi ona nad nim na sznurku i jak nie dopilnuje to spadnie na niego niczym klatka. Czasem też bywałam w sześcianie czy kuli, a wszystko to kwestia czasem braku aktywności. Taka to moja domorosła psychologia :) Mam tylko parę godzin psychologii na studiach, czasem rozmyślam na takie tematy, filozoficzne, psychologiczne.


środa, 15 maja 2013

Pusta fabryka

Dla stalkera długi odpoczynek od zony to śmierć, według książki "Ołowiany świt", dla explorera długa przerwa też bywa męcząco niszcząca, ale o to był nowy pustostan, jeszcze niedawno działający praktycznie otwarty, opuszczony niedawno, ale chyba już na zawsze, teraz miejsce na graffiti. Zeschłe kwiaty, stare kalendarze, schematy do budowy mebli. Udało mi się zdobyć znak ostrzegawczy, który po wyczyszczeniu i drobnej kosmetyce dołączy do moich "artefaktów" i znowu w moim słowniku nawiązania do książki Michała Gołkowskiego, największa zabawa to zdobyć coś z takiego pustostanu, z resztą podobno według psychologów każdy z nas lubi czasem pobyć trochę poza prawem ;). Poza prawem spontanicznie wbiec gdzieś gdzie nie wolno i wbrew pozorom poczuć wolność i wiatr we włosach. Pustostan dosyć ciekawe są w nim porobione huśtawki i widać , ze odbywają się tam czasem małe "after party". Z zewnątrz budynek wygląda na dość niedawno opuszczony, pamiętam,że w zeszłym roku jeszcze nawet widziałam tam jakiś pracowników. Sama fabryka to Steinpol, produkujący meble, a adres to centrum miasta ulica Wiejska :)