Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 lipca 2015

Książka którą czytałam 3 lata...

Tytuł: "A jeśli ciernie"
Autor: Virginia C. Andrews
Oprawa: miękka
ilość stron: 432
wydawca: Świat Książki

Co się kończy, coś zaczyna. Większej bzdury w życiu nie słyszałam. Co w takim razie z "Niekończącą nie opowieścią"? To tylko przebój lat 90'? Chwila, chyba 80'? W każdym razie w tej epoce jak kolwiek groteskowo brzmi te określenie, pisała Virginia C. Andrews. Recenzowałam już jej książkę "Kwiaty na poddaszu". Głupia dałam się wmanewrować potem w drugi tom sagi, a końcowo także w trzeci, który czytałam 3 lata. 
Nie, dlatego, że książka jest słaba, czy nudna. Po prostu każdy z nas ma coś, czego nie może dokończyć. W dzieciństwie są to dwie zmory "chodź jeść" i "Idź spać", kiedy się dorasta są to "zrób tamto" oraz "idź tam".  Jednak rzeczy należy kończyć! Tak oto tydzień temu w ramach dokończania różnych rzeczy postanowiłam doczytać ten tom. 
"A jeśli ciernie" to kontynuacja sagi rodziny Dollangangerów. Tak samo dziwaczna i skomplikowana jak poprzednie, ale i tak da się wejść w każdym momencie. Tym razem mamy dwóch narratorów są to synowie Cathy, którą łączy kazirodczą miłość z bratem. W poprzednim tomie przyszli na świat. Każdy z nich ma innego ojca. Rodzeństwo wychowuje dwóch chłopców. Zakochanego w tańcu Jorego oraz mrocznego Barta. Po czasie adoptują oni dziewczynkę o imieniu Cindy. Wszystko komplikuje się, gdy do domu obok wprowadza się tajemnicza starsza kobieta, u której często przesiaduje Bart. Ciężko się w tym połapać, jeżeli ktoś nie przeczytał tomu drugiego, ale jeżeli zignorujemy ten wątek, można śledzić opowieść z perspektywy dwóch narratorów, która dotyczy obecnych losów rodziny i obserwować ich tok myślowy w czasie odkrywania jak naprawdę wyglądały losy ich rodziców oraz kim jest tajemnicza sąsiadka. W tej części niestety zostały powielone pewne motywy z poprzednich takie jak pożary, zamykanie i więzienie kogoś czy choroby psychiczne. Czasami ma się wrażenie, ze gdzieś się to już czytało. Tak samo nużące są powtórzenia wynikające z podwójnej narracji. Nie jest ona pierwszoosobowa, stąd pojawia się pytanie: Czy dziecko na prawdę aż tak zwraca uwagę na detale? W tej kwestii panuje lekki chaos. Książka staje się momentami aż nieprawdopodobna, jednak nie ze względu na wątek kazirodczego związku, który akurat dla mnie jest obrzydliwy, ale na niespotykaną siłę fizyczną bohaterów. W końcowym fragmencie aż nieprawdopodobne jest to by kobieta, która kuleje dawała radę wyciągnąć dużo cięższą osobę z płomieni. Adrenalina, czy nadludzka moc?
Językowo nie uważam się za specjalistkę tego kalibru bym oceniała powieść pod tym względem. Powieść jest przyjemna w odbiorze, choć odrobinę nieprawdopodobna. Książka kończy się w momencie, gdy umiera matka  Dollangangerów, a na ich synów po ukończeniu 25 roku życia czeka fortuna. Jest to wstęp do kolejnego tomu "Kto wiatr sieje…". Osobiście mam wrażenie, że pożogi, które spadły na tą rodzinę się nie kończą. kolejny dziwny aspekt dla mnie to z kolej łatwość wybaczania jaka towarzyszy bohaterom tej sagi. Więziłaś i chciałaś otruć? Będzie wybaczone! Czy przeczytam kolejny tom? Na razie nie mam takich planów, bo nawet nie wiem skąd mogłabym go zdobyć, ponieważ aktualnie nie ma go w Empiku. Czy chciałabym? Oczywiście, że tak, ponieważ jeżeli już raz "wdepnęłam" w sagę to ciężko z niej wyjść. Przeraża mnie jedynie to, że V. C. Andrews ma na swoim koncie jeszcze kilka sag. Jedyne co w tej chwili mogę stwierdzić to fakt, że jest to kolejna dobra książka na plaże i mogę ją spokojnie polecić każdemu, bo czyta się łatwo i szybko i przynajmniej toczy się wartko akcja. 

sobota, 31 sierpnia 2013

Recenzja "Nano"

źródło: merlin.pl
Mikro... Nano czyli 10 do -9. Na co dzień w moim świecie wszystko kończy się na mikro. Jednak świat może być jeszcze mniejszy i bardziej niebezpieczny, takie wnioski wyciągnęłam z lektury nowego thrilleru medycznego autorstwa Robina Cook'a pt. "Nano". Książka miała premierę w kwietniu, więc całkiem niedawno, ale kupiłam ją i przeczytałam później , bo wcześniej czytałam "Ołowiany świt" :) Bałam się zaczynać ten gatunek, bo nie lubię jak ktoś przesadza z makabrycznymi opisami i historiami z piekła rodem, ale tu miło się rozczarowałam.
Cała akcja rozgrywa się w Kolorado, gdzie po analizie większość amerykańskich powieści można uznać, ze wszystko co złe i tajemnicze znalazło swój dom. Trafia tam studentka medycyny Pia Grazdani z "Polisy śmierci" i rozpoczyna pracę w "Nano" jest to instytut badań. Jej szefem jest potentat finansowy i kobieciarz, który nie cofnie się przed niczym by osiągnąć sukces. Pia jest zafascynowana swoją pracą, aż do momentu, gdy znajduje człowieka w stroju Nano, który po nagłej utracie przytomności zostaje wykradnięty ze szpitala przez pracowników jej firmy, a cała sprawa ma być zatuszowana. Pia nie daje za wygraną i powoli odkrywa mroczną tajemnicę firmy i ukryty cel swoich badań.
Do książki zabierałam się "na dwa razy" najpierw zaraz po "Ołowianym świcie" , a potem po pewnej przerwie, ja stwierdziłam, że brak mi z powodu wakacji laboratoriów i eksperymentów. Thriller medyczny to specyficzny gatunek. Można sprawić zarówno, ze czytelnik się zainteresuje i przerazi, jak i , że przestanie jeść na tydzień. Robin Cook jest znany szerszej publiczności jako autor kultowej "Comy" , na podstawie której powstał film. W tedy przerażała, bo pokazywała , ze transplantologia może też nieść poważne zagrożenia. Dziś w erze nanotechnologii "Nano" również porusza temat zagrożeń i braku kontroli, wspomina o tym nawet jedne z bohaterów, który pyta Pia wprost, czy ktoś ma nadzór nad tym całym biznesem.Nie ma w tej książce przesady po prostu jest zbudowana historia na podstawie tego jednego pytania i hipotezy co by się mogło zdarzyć, gdyby... Oczywiście w powieści walczą ze sobą dwa narody, których osiągnięć najbardziej się boimy czyli Chińczycy i Amrykanie. W książce mamy też jeszcze jeden motyw, który warto zauważyć. Szef Pia jest kobieciarzem i to właśnie koniec końców przez nie jego plany legną w gruzach i traci firmę. Ambitnych kobiet w  Nano nie brakuje, oprócz Pia, jest tam jeszcze Whitney Jones i szefowa Pia. Głowna bohaterka jest bardzo dociekliwa i sprytna oraz zaangażowana w pracę i umie walczyć o swoje. Nie poddaje się łatwo. Autor na każdym kroku przypomina nam o tym poprzez wypowiedzi jej przyjaciół i bliskich.
"Nano" trzyma w napięciu i nie zwalnia tempa, rozdziały są krótkie, ale pełne akcji. Czasami skaczemy z jednej lokalizacji w drugą. Mimo iż jest to thriller medyczny nie trzeba go czytać ze stosem encyklopedii, daje się wyczuć, że osoba, która go pisała zna się na rzeczy i urazy są opisane dość precyzyjnie (autor jest z wykształcenia lekarzem), ale nie ma się ochoty rzucić książka i stwierdzić, że jest się zmęczonym domyślaniem. Nie zdarzyło mi się przerzucać kartki z powodu nudy, ani tez mieć problemy z powrotem do akcji, gdy przerywałam czytanie. Dla osób, które czytały "Polise śmierci" nadmienię, że oprócz samej głównej bohaterki i jej przyjaciela wraca jeszcze jedna postać, jednak Ci , którzy tak jak ja weszli w "Nano" bez przygotowania mogę śmiało uspokoić, że powieść można czytać jako osobną książkę, a nie tylko kontynuację. Zakończenie mnie zaskoczyło i przeraziło, nie tego się spodziewałam. To wielki plus dla powieści, ponieważ z racji oglądania dużej ilości kryminałów wszelkiej maści i czytania, zauważam podobieństwa, albo nawet mam przykre wrażenie, że wiem, jak to się skończy.
Podchodziłam do tej książki trochę jak pies do jeża. Miałam ochotę poznać bliżej ten gatunek, ale z drugiej strony bałam się "mastertonizmu" , czyli nadmiaru krwi, okropieństw, obrzydlistw i wynaturzenia. "Nano" jednak jest sterylne i mroczne. Porusza i wywołuje strach , a wszystko zaczyna się się od jednego pytania "Czy ktoś kontroluje to do czego wykorzystywana jest nauka?" . Polecam, a z ciekawości chyba sięgnę po "Comę" , bo film był dobry :)
tytuł: "Nano"
autor: Robin Cook
wydawnictwo i rok wydania: Rebis 2013 (dodruk) wydanie I
cena: 34,90
oprawa: miękka
ilość stron: 472

       

poniedziałek, 8 lipca 2013

Recenzja książki „Krzyk pod wodą”

students.pl
Ostatnio to Skandynawia wiedzie prym w kryminałach. Dla mnie to pierwsze zetknięcie się z literaturą z tej części Europy. Tym razem na rynek trafia nie szwedzki kryminał, a duński. 
Do zimnej, ale jakże klimatycznej Kopenhagi przybywa młoda psycholog Katrine Wraa. Ma zająć się pracą w oddziale zwalczającym przestępczość zorganizowaną. W tym czasie w Kopenhadze zostaje popełnione brutalne morderstwo. Katrine musi się zmierzyć nie tylko z wyzwaniem jakim jest powrót do jej drugiej ojczyzny (jest pół Angielką, pół Dunką) , ale także z demonami z przeszłości. Do tego sprawa nie okazuje się taka prosta jak się wydawało, mimo iż zbrodnia została popełniona w dobrej rodzinie na wierzch wychodzą różne rodzinne tajemnice, oprócz tego nie wszyscy policjanci są przekonani co do celowości pracy Katrine.

Bardzo dużym atutem jest zestawienie dwóch miejsc na początku powieści. Katrine wraca z gorącego Egiptu do zimnej Danii. Zamieszkuje w swoim rodzinnym domu, który pełen jest wspomnień. W trakcie czytania poznajemy przeszłość głównej bohaterki. Cały czas żyje ze świadomością, że to przez nią jej chłopak popełnił samobójstwo. To zestawienie sprawia , że już na początku powieści odczuwamy wewnętrzne zimno, a nawet lekki smutek. Na drugim biegunie mamy policjanta Jensa, który współpracuje z Katrine. On również nie jest szczególnie szczęśliwym człowiekiem. Bohaterowie są bardzo dobrze przedstawieni i dobrani. Zimno w powieści i w sensie dosłownym i przenośnym odczuwamy w momencie poznania rodziny ofiary, w której na pierwszym miejscu jest kariera, a na drugim życie rodzinne.

Akcja przerywana jest fragmentami pisanymi kursywą, które przedstawiają życie pewnej dziewczynki, która najpierw jest źle traktowana przez matkę, a potem sama zaczyna zbaczać z prawej ścieżki. Na początku nie wiemy kim jest owa bohaterka, należy doczekać do końca, by o tak niecny życiorys posądzić jedną z najspokojniejszych bohaterek. Jest to świetne urozmaicenie, bo z chęcią śledzimy najpierw losy niekochanego dziecka, potem zepsutej dziewczynki, a na końcu wytrawnej morderczyni. Nie należy pomijać tych fragmentów.

Powieść pisana jest przez duet zarówno zawodowy jak i życiowy czyli Jeanette Øbro Gerlow i Ole Tornbjerg. Jako czytelniczka nie wyczułam tego, że książka jest pisana przez dwie osoby, ponieważ jest bardzo spójna pod względem treści, języka i stylu. Językowo jest w porządku, nie jesteśmy zasypywani powtórzeniami, ani też zbyt fachowym językiem. Autorzy skupili się bardziej na warstwie psychologicznej niż na technice pracy policji , co sprawia, ze jest łatwa w odbiorze. Ze strony technicznej warto zaznaczyć , że książka nie jest podzielona na klasyczne rozdziały, ale na mniejsze odcinki.

Wielkim plusem jest niezwykła klimatyczność powieści uzyskana zarówno przez opisy jak i przez dialogi. Opisy nie męczą czytelnika, są bardzo konkretne. Ciekawym pomysłem jest zestawienie w powieści rożnych stanów społecznych. Książka pokazuje nam co może motywować człowieka do zbrodni. Nie jest to motyw pieniężny, ale prawdziwe cierpienie. Książka momentami jest przygnębiająca i zimna, ale to jest raczej plusem, bo nie wyobrażam sobie by kryminał i to jeszcze skandynawski miał być „milusi". W książce między wierszami przedstawiane są realia dzisiejszej Danii, dowiadujemy się, że jest to drogi kraj, ale także multikulturowy. Gówna bohaterka jest pól Dunką pół Angielką, a jej partner z pracy ma córkę z Francuzką. Motyw ten jest także bardzo wyraźny gdy poznajemy podejrzanego o zbrodnię imigranta i jego historie w której to Dania miała być rajem i szansą na lepsze życie.

Bardzo zaskakujące jest zakończenie, przez pół książki jesteśmy przekonani, że sprawca jest znany i tylko czekamy aż będzie można go przesłuchać, potem przez moment mamy wątpliwości, ale sprawca to osoba, która nawet z opisu jest anielsko piękna, wykonuje jeden z najpiękniejszych zawodów na świecie i jest osobą, której chętnie byśmy zaufali. Podoba mi się pomysł, by właśnie taki był sprawca, to czyni książkę nieprzewidywalną. Cała konwencja opisania zbrodni, która dzieje się w środowisku osób o nieskalanej opinii i w kraju, gdzie morderstwa to rzadkość , a ludziom żyje się najlepiej w Europie. Głównym motywem w powieści jest woda, pojawia się ona na początku we wspomnieniach matki dziewczynki, która poznajemy we wplatanych fragmentach. Katrine uczy się nurkować, na początku książki się tego boi, na końcu w epilogu pierwszy raz robi to bez strachu. Woda także zabiera jej ukochanego. Czasami jakiś trop jest w tytle książki, ale autor o nim zapomina, tu nic nie jest bez celowe, duet z Danii bardzo dokładnie zaplanował swoją powieść. Naprawdę warto sięgnąć po tą książkę, jednak warto przykryć się kocem bo to podróż w mroczne i zimne zakątki zarówno Europy jak i duszy człowieka. Polecam.


Tytuł "Krzyk pod wodą" (Skrig under vand)
Autorzy: Jeanette Øbro Gerlow i Ole Tornbjerg
Wydawnictwo: nsignis
Ilość stron: 406
Rok wydania: 2012
Przekład: Justyna Haber
Cena: 34,99zł
.

sobota, 6 lipca 2013

"Ołowiany świt"- recenzja

źródło: ksiazki.okazje.info.pl
Mam już takie nietypowe hobby jakim jest urbex i tego nie zmienię. W czasie zakupów , a dokładnie mojej wyprawy po kolejny tom czytadła z serii o rodzinie Dollangangerów, którego finalnie nie kupiłam, wpadła mi w ręce książka z kusząca okładką z człowiekiem w masce przeciw gazowej. Od jakiegoś czasu pasjonuje mnie wszystko co jest związane z reaktorem numer 4 i zoną , więc stwierdziłam , że wchodzę w to i kupuję! 
Tak, stało się, jak to określa autor weszłam razem z nim w Zonę, gdzie jak potem dodaje wszyscy już jesteśmy. Akcja powieści rozgrywa się w trzech obszarach na "pograniczu" , epizodycznie na "dużej ziemi" i najbrutalniejsze, najważniejsze i najostrzejsze fragmenty w samej Zonie. Akcja nie jest rozplanowana jak w typowym opowiadaniu SF o tej tematyce, bo jak da się zauważyć autor pomija Prypeć i Czarnobyl, mówi się o nich tylko epizodycznie. 
Głównym bohaterem jest Michał, Misza, który nosi przydomek Miś. O samym "Misiu" wiemy dość nie wiele, jest polskim stalkerem. W trakcie książki tylko epizodycznie wspomina o swojej przeszłości, że nic mu nie brakowało, czasami mówi coś na temat swoich wschodnich korzeni i tylko tyle. Podobno poczuł "zew zony" i dlatego zdecydował się przystać do stalkerów. Wraz z kolegami przemierza zonę w poszukiwaniu "artefaktów" i próbuje utrzymać się w ciężkich warunkach. Po drodze spotyka wiele przeszkód w postaci anomalii i mutantów. Czas powieści to rok 2013, czytam , że po katastrofie z roku 1986, miały miejsce tu jeszcze dwie "emisje", terenem interesowało się wojsko i wykonywało tam różnorakie tajne badania , jednak  nikt podobno nie przetrwał ostatniej katastrofy z roku 2006, która zrodziła jeszcze więcej mutantów i anomalii. Miś w trakcie swojej walki o byt trafia na ślad i próbuje odkryć nad czym pracowano w Zonie

Fikcja naukowa tak określa się tego typu opowieści. Całość jest bardzo rozbudowana, autor stworzył nowy świat na kanwie powieści braci Arkadija i Borisa Strugackich "Piknik na skraju drogi", serii gier komputerowych i naszych wyobrażeń o tym jak wielkie spustoszenie mogą siać katastrofy nuklearne. Autor sprawnie nakreślił losy postaci i wykreował całkiem odmienną rzeczywistość. Poznajemy grupę bezimiennych stalkerów, każdy z nich ma jakąś tajemnicę i jest poniekąd swoistą zagadką dla czytelnika. Wśród nich są zarówno wojownicy jak i typowi złodzieje, w ich obozowisku w Jołczy panuje swoista hierarchia. Za jej nie przestrzeganie można nabawić się kłopotów. Sama Zona obfituje także w nieprzychylnych im ludzi i stworzenia. 
Książka pisana jest w narracji pierwszoosobowej , więc mamy wrażenie, ze podróżujemy po Zonie razem z Misiem i razem z nim musimy walczyć o nasz byt. Emocje są tak dawkowane, że kiedy tylko poczujemy chwilę wytchnienia zza rogu atakuje nas jakiś mutant. Godna uwagi jest dbałość o detale przy opisach, każdy kto choć raz był na eksploracji jakiegoś pustostanu doceni fragmenty opisujące stopień zepsucia budynków. Opisy ubarwiają akcję, ale nie męczą czytelnika, czasami są wręcz przerażające przez swoją selektywną dokładność. 
Gdyby odrzucić wszystkie motywy typowe dla gatunku SF moglibyśmy powiedzieć, że jest to powieść o człowieku, który przez wędrówkę przełamuje granice własnej słabości i poznaje siebie, bo nawet sam autor w filmikach promocyjnych do książki podkreśla, że żyjesz tylko w tedy , gdy jesteś sam i czujesz świat , a nie jesteś częścią tłumu. Miś ma nie jasną historię, potem pojawiają się u niego luki w pamięci i koszmary, które mogą być furtką do kolejnej części. Miś jest postacią zmienną z jednej strony brutalnie zabija chłopaka , który chce zostać jak on stalkerem, z drugiej oszczędza dziewczynę spotkaną po drodze. Jest w Zonie 3 lata i nazywa ją swoją kochanką. To dość nietypowy bohater nie jednoznacznie zepsuty, ale też nie nazwali byśmy go człowiekiem krystalicznym, do tego jest samotnikiem. 
Cała książka jest dość nietypowa , można ją czytać na kilku płaszczyznach. Z jednej strony to opowieść o stalkerach, historia SF pełna potworów i anomalii. Może to też być ciekawa lektura dla fanów urbexu i pustostanów. Z drugiej zaś jest to opowieść o szukaniu siebie w niesprzyjających warunkach i walce z własnym strachem oraz walce o siebie, a przy okazji o tym jak człowiek może dawać sobie radę w tedy, gdy jest całkiem sam i zdany na siebie. Książkę czytało mi się bardzo dobrze, jest momentami dziwaczna i nie prawdopodobna, ale jeżeli ktoś w SF, czyli gatunku, który w swojej nazwie ma słowo "fikcja" szuka prawdy jak by to rzekli starożytni jest "głupcem". Wielkim plusem ode mnie dla autora jest stworzenie nowych obszarów i miejsc, a nie bazowanie na scenach dobrze znanych wszystkim zainteresowanym Czarnobylem, czyli diabelskim młynem z Prypeci, starym szpitalem, malowaną chatą i basenem. Wreszcie w tym temacie ktoś postanowił pomyśleć, co może być dalej, nie tylko operowanie utartymi schematami. Wreszcie powiew świeżości i coś nowego. Zakończenie jest zaskakujące, bo nie wiemy co dalej z Misiem, Zona to jego świat, co zrobi dalej? Czy odkryje nad czym dokładnie pracowało wojsko, co on ma z tym wspólnego i czemu poczuł "zew zony"? Może autor stworzy dla nas kolejne części. Na razie polecam "Ołowiany świt" i życzę "Dobrej Zony!" przyjaciele stalkerzy.

Tytuł: "Ołowiany świt" 
Autor: Michał Gołkowski
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok:2013
Miejsce: Lublin
Oprawa : miękka   
Ilość stron: 357
Cena: 34,90zł    

Na koniec polecam film w którym autor sam opowiada o swojej książce jeden z 6 wprowadzających nas w klimat i promujących książkę :)
TAJEMNICE ZONY #6 OŁOWIANY ŚWIT  
 

środa, 1 maja 2013

Recenzja książki „Otchłań zła”

Zły plon bezprawia
Nowym się tylko bezprawiem poprawia. „
- Wiliam Shakespeare – motto książki.

Ostatnio w kiosku wpadł mi w ręce pierwszy tom trylogii Maxime Chattam pt. „Otchłań zła". Zazwyczaj książki, które są tanie są przewidywalne, jednak ta zaskoczyła mnie dość pozytywnie.
Cała historia toczy się w Portland. Na początku książki poznajemy głównych bohaterów policjanta Josha Brolin'a i młodą studentkę Juliette Lafayette w dość nietypowym momencie. Ona zostaje porwana przez przestępce, którego on szuka. Juliette zostaje uratowana, wszystko kończy się dobrze, „Kat z Portland" nie żyje. W tym momencie Hollywoodzka sielanka się kończy, ponieważ po pewnym czasie w pustostanie w lesie zostaje znalezione ciało młodej kobiety wszystko wskazuje, że psychopata powrócił. Tu zaczyna się skomplikowany proces, bo na wstępie dowiadujemy się o tym, że Joshua zabił „Kata z Portland" i sprawa jest zamknięta. Zaczynają się poszukiwania ducha „Kata z Portland" w które włącza się także Juliette. Po drodze w książce podsuwany jest nam motyw z „Boskiej komedii" Dantego, autor sugeruje także, że ciemne moce mają udział w tej dziwnej i pogmatwanej sprawie.
Na początku byłam dość sceptycznie nastawiona do tej serii, bo myślałam, że autor zaserwuje nam historię „z mchu i paproci" w której to nagle człowiek ożywa i wstaje z grobu, a cała teoria dziejów zostaje zanegowana. Historia jest jednak na tyle wciągająca, że stwierdziłam, że poczekam i zobaczę co zamierza pokazać autor. Maxime Chattam bardzo dokładnie prowadzi nas przez tą zawiłą historię. Główny bohater Josh zajmuję się portretami psychologicznymi seryjnych zabójców , więc bardzo dokładnie poznajemy psychikę poszukiwanego ducha „Kata z Portland". Momentami zaczynamy włączać się powoli w śledztwo i sklejać w głowie fakty. W książce pojawiają się terminy z medycyny sądowej, ale autor wprowadza postać Bentleya Cotland'a , który ma zostać zastępca prokuratora generalnego i któremu policjanci tłumaczą wszystkie pojęcia, to znacznie ułatwia czytanie i nie zmusza nas do ciągłego biegania po encyklopedię.
W książce godne uwagi są bardzo dokładne opisy, które nie skupiają się na zachodach słońca i zbędnych walorach przyrody, a na rzeczach kluczowych. Możemy poczuć klimat zagraconego pokoju Josha, ale także zmarznąć wraz z bohaterami w nocy na miejscu zbrodni, zobaczyć mroczny pustostan w lesie. Nie wszystkie opisy w książce są miłe i przyjemne, znajdują się tam także opisy ofiar czy sekcji, ale są one dozowane, więc książka nie obrzydza. Autor wie, kiedy powiedzieć dość. Dla osłody w powieści pojawia się także motyw romansu Josha i Juliette, jest trochę jak z serii z serduszkiem, on ją uratował przed śmiercią itp., ale motyw ten nie dominuję, jest tego tyle ile być powinno. Narracja jest trzecioosobowa, niektóre rozdziały to opis dnia Juliette, a inne Josha, czasem łącza się w jeden dzień. Czasami najpierw czytamy o tym jak morderca rozprawia się ze swoją ofiara, a w kolejnym rozdziale już czytamy o pracy policji. W książce nie ma bohaterów ze stali mają oni swoje słabości i uczucia. Są bardzo dokładnie zarysowane. Pozycja jest dość obszerna pisana niezbyt dużą czcionką, ale dość krótkie rozdziały ułatwiają czytanie. Język jest dość łatwy w odbiorze, jest urozmaicony. Nie mamy tu do czynienia z denerwującymi powtórzeniami. Czyta się bardzo szybko i przyjemnie.
Książka mimo wielu walorów ma także swoje minus,które zauważają praktycznie wszyscy, którzy mieli z nią kontakt. Postać Juliette na końcu książki staje się już denerwująca, gdy udaje się do domu mordercy, wiadomo co ją spotyka. Jako czytelnik nie ma się wpływu na zachowanie bohaterów. Gdy wczytamy się w tom dostrzegamy celowość tego zabiegu, bo wtedy udaje się rozwiązać całą sprawę. Plusem takiego obrotu sprawy jest to, że gdyby autor zostawił Juliette przy życiu zapewne żyła by ona długo i szczęśliwie z Joshem i trylogia zamieniła by się w skandynawską sagę z kiosku. Nie mniej jednak w czasie czytania ciśnie się na usta zdanie „po co tam leziesz głupia kobieto". Kolejny minus to miejsce akcji. Szkoda, że francuski pisarz nie umieścił akcji w swoim kraju w końcu pustostany w lasach i mroczne krajobrazy znajdziemy w każdym kraju,, Francja wydaje się bardziej magiczna niż USA, wtedy powieść była by jeszcze bardziej klimatyczna. W powieści są motywy francuskie, ale same motywy mają się dość nijak do treści, bo połączenie Francja + USA jakoś nie gra. Jak dla mnie kryminał powinien być klimatyczny, temu tego nie brakuje, ale mogło by być lepiej.
Bilans wychodzi na plus i stwierdzam, że książka jest godna polecenia. W skali jeden do 10 dała bym 9,5. Jeżeli przebolejemy głupotę bohaterki na końcu i miejsce akcji to może nawet 10. Bardzo dobry kryminał nie przesadzony. Już nie takie proste czytadło, bo można z niego coś trochę wyciągnąć oprócz odrobiny rozrywki. Zakupiłam także drugi i trzeci tom, drugi już rozpoczęłam, bo na końcu każdego znajduje się początek kolejnego. Tą serię mogę polecić z czystym sumieniem dla kogoś komu nie straszne odwiedziny w małej strefie mroku, gdzie zwykle rzeczy nie dzieją się zbyt często.

Tytuł: „Otchłań zła" („L'ame du mal „)
Autor: Maxime Chattam
Rok wydania: 2004
Oprawa: miękka
Przekład: Joanna Stankiewicz-Prądzyńska
Ilość stron: 544
Wydawnictwo: Sonia Draga

sobota, 6 kwietnia 2013

Nowości wsród książek :)

Nowości zdobyte za free , bo powygrywane :) W związku ze studiami ciągle przybywa mi książek zazwyczaj o tak porywających tematach jak np. pobieranie prób do badań, czy atlasy grzybów, albo książka o wręcz serialowym tytule "Życie Bakterii". Osobiście jak wiadomo ja jestem zafascynowana swoim kierunkiem, ale czasami trzeba też się wyluzować. Tak na początek jedna z nowości czyli
"Bądź boska. Osobista stylistka radzi" Moniki Jurczyk. Książkę tą wygrałam w konkursie dość nietypowym, bo trzeba było pokazać i opisać jak ubierają się zielonogórzanki, mój styl jest dość charakterystyczny, bo staram się być w końcu Szczecińską - Zielonogórzanką:) Zebrałam więc kilka fotografii z różnych stylizacji pojawiających się tu na blogu i stworzyłam takie oto dzieło.    
Koniec końców wygrałam, dostałam książkę , a mój mądry tekst i zdjęcie ukazały się w darmowym tygodniku mmzielona góra.
Co jest w samej książce? Autorka pomaga nam stwierdzić jaki mamy typ sylwetki, ostro i stanowczo mówi nam co mamy wyrzucić, czego szukać, a co sprawi co będziemy wyglądać bosko. W książce pojawiają się także rady dla pań 65+, to jeszcze nie moja bajka, na razie z Bożą pomocą dotarłam do drugiej dziesiątki, ale na rynku wczesniej nie widziałam nic podobnego, raczej dyskryminowano ta grupę. Książka jest jasna i przejrzysta, więc warto było :)
Druga książka to ""Wymień umysł na lepszy model. Jak przełamać złe nawyki" 
Złe nawyki to problem każdego z nas, mój także, jeszcze nie wgłębiłam się w treść, bo dopiero przyniosłam książkę, ale warto pracować nad samym sobą, ta książkę wygrałam w ramach tygodnia książki. Tydzień książki to zawsze dobra okazja na podreperowanie swojej biblioteczki, bo większość książek jest zazwyczaj tańsza i można sobie poszperać, nie tylko beletrystyka, ale także poradniki. co prawda nie mam takie zdania o beletrystyce jak Dem z 'Ogarnij się", ale tez uważam, ze czasem dobry poradnik, książka naukowa etc, sprawia ,że jesteśmy bardziej oczytani i atrakcyjni personalnie niż setki tomików z serii z serduszkiem. Święta nie jestem, bo raz przeczytałam pół takiego "dzieła" i już po paru kartkach wiedziałam kto będzie z kim i na końcu będzie "a żyli długo i szczęśliwie" , a ja stwierdzę, że właśnie 30 minut z mojego życia poszło jak to śpiewają Slade "Far, far away...."


niedziela, 10 czerwca 2012

Recenzja książki "Kwiaty na poddaszu"

 Tytuł: „Kwiaty na poddaszu"
Autor: Virginia C. Andrews
Oprawa: miękka
Ilość stron książki: 384
Ilość stron w ebooku: 255
Wydawca: Świat Książki
Światem żądzą pieniądze, a nie miłość. Takie słowa wypowiada jedna z bohaterek powracającego po latach bestselleru z lat 80' „Kwiaty na poddaszu" autorstwa V.C. Andrews. Ta pozycja pojawiła się ostatnio w Empiku i zarówno wersja klasyczna jak i elektroniczna nie znika z listy najczęściej kupowanych pozycji. Zakupiłam więc książkę w formacie epub i zaczytałam się w pierwszym tomie sagi o losach rodziny Dollanganger.
Historia ta jest pełna zawiłości, podłości i walki o pieniądze. W pewnym niedużym mieście żyje sobie Corirne Dollanganger wydziedziczona przez rodziców z powodu związku ze swoim wujkiem. Mimo dość bliskiego pokrewieństwa rodzi im się czwórka pięknych i zdolnych dzieci Cathy, Chris i bliźnięta Cory i Carrie. Niestety bajeczne życie opływające w luksusach zostaje przerwane przez tragiczny wypadek w którym ginie ojciec dzieci. Długi zmuszają Corrine do błagania rodziców o przebaczenie. Zostaje przyjęta, ale musi ukryć swoje dzieci przed swoim ciężko chorym ojcem i błagać go o to by ponownie wpisał ją do testamentu. W tym momencie zaczyna się tragedia rodzeństwa zostają zamknięci na klucz w pokoju, a do dyspozycji mają tylko stare poddasze. Matka najpierw mówi im, ze to tylko na jedna noc, jednak mijają dni i miesiące, a dzieci nadal tkwią na poddaszu. Do tego ich babcia widzi w nich tylko i wyłącznie owoce grzechu i znęca się nad nimi. W końcu okazuje się,że jedynym ratunkiem jest ucieczka.
Narratorką w powieści jest Cathy, opowiada ona o tym jak próbowali ułożyć sobie życie i jak czekali na wolność, która jak się później okazuje była tylko kolejna niespełnioną obietnicą matki. Obserwujemy życie rodzeństwa ich dorastanie oraz poznajemy ich marzenia i rozterki. Powieść ta posiada kilka wątków, rodzinny, miłosny i finansowy. Despotyczna i głęboko wierząca babka krająca wnuczki za wszelkie grzeszne myśli i występki, wprowadzająca twarde zasady i gardząca swoją córką jak i wnukami do tego dziadek, który czyni zapis w testamencie dręczący rodzinę nawet po jego śmierci. Autorka przedstawia rodzinę aż do przesady religijną. Naciągany jest jak dla mnie trochę motyw miłości rodzącej się między rodzeństwem najstarsi Chris i Cathy stają się nie tylko rodzicami dla swoje młodszego rodzeństwa, ale także kochankami. W ten sposób próbują sobie stworzyć swoją własną rodzinę z mamą i tatą. Tłumaczą to tym, ze pozostają oddzieleni od rówieśników, jednak ten wątek wydaje mi się trochę mało realny, chociaż ma on duży wpływ na dalsze losy rodzeństwa. Być może miało to pokazać co zamknięcie może zrobić z człowiekiem. Tytuł możemy interpretować na dwa sposoby zarówno jako kwiat młodości zamknięty na poddaszu, ale też w powieści znajdujemy opisy małego ogrodu z papierowymi kwiatami jaki Chris i Cathy stworzyli dla bliźniąt. Przez całą powieść stopniowo zaczynamy nienawidzić matkę dzieci, która mami je prezentami i kłamstwami, jednak gdy ponownie wychodzi za mąż porzuca je. Potęgują to opisy w których obserwujemy jak czwórka dzieci więdnie niczym kwiaty, a jedno z nich umiera, gdy ona opływa w luksusach.
Książka bardzo szybko się czyta, nie ma tu ani jednego nudnego rozdziału. Jest napisana bardzo jasnym i zwięzłym językiem, opisy są skupione na rzeczach ważnych, a nie krajobrazach czy wystrojach, jednak pozwalają nam wyobrazić sobie pokój w którym mieszka rodzeństwo. Duży , ale zagracony z obrazem piekła na ścianie. Może fakt, że w książce jest narracja pierwszoosobowa sprawia, że jest łatwa w odbiorze.
Gdybym miała ją ocenić w skali ocen od 0 do 10, dała bym 9, ze względu na mało prawdopodobny romans między rodzeństwem i momentami bardzo przygnębiające fragmenty. „Kwiaty na poddaszu„ kończą się w momencie, gdy Dollangangerowie opuszczają rodzinny dom swojej matki i pragną już tylko we trojkę zacząć żyć na wolności. W tym momencie należy sięgnąć po drugi tom „Płatki na wietrze". Pierwszą część w formie elektronicznej czytałam z ogromnym zapałem, następny tom kupiłam w formie papierowej i jestem w trakcie czytania, być może on również spodoba mi się w takim stopniu, ze będę chciała go zrecenzować. W roku 1987 powieść została zekranizowana, nie oglądałam jeszcze filmu, ale zamierzam zobaczyć jak reżyser zaadaptował te niezwykłą powieść. Osobiście bardzo się ciesze , że te książki znów pojawiają się na rynku, na razie w sprzedaży są wznowione tylko dwa pierwsze tomy, a saga składa się z pięciu książek. Nie jest to może wielkie dzieło literatury, ale życzyłabym sobie by wszystkie książki nazywane przez niektórych pogardliwie „czytadłami" czy „podróżnymi" były pisane w ten sposób i tak samo umilały czas i sprawiały, że chce się przeczytać zakończenie od razu by zaspokoić ciekawość. Gorąco polecam zarówno na deszczowe dni jak i do pociągu czy na plażę.
Dla zainteresowanych:
Zwiastun filmu http://www.youtube.com/watch?v=kKt8HHbgfiY
Zwiastun książki http://www.youtube.com/watch?v=MZkuCILowlQ&feature=related

niedziela, 10 lipca 2011

Recenzja książki "Skamieniałość z chomika. Zrób to sam!"

Czy da się stworzyć książkę popularnonaukową, która może wciągnąć bardziej niż niejedna powieść? Mick O'Hare oferuje nam książkę naukową i zarazem ciekawą, dzięki której można zapragnąć bycia „szalonym naukowcem”.
Fizyka, biologia i chemia to dyscypliny naukowe, które wraz z matematyki tworzą poczet najbardziej znienawidzonych szkolnych przedmiotów. Czy można je pojąć bez wielu godzin spędzonych na nauce nudnych regułek i praw?

„To właśnie eksperymenty są siłą napędową nauki”, właśnie tym zdaniem zaczyna się „Skamieniałość z chomika”, teoria musi mieć poparcie w praktyce. Dom może posłużyć za laboratorium, a każdy z nas może być naukowcem. To właśnie w swojej książce, albo raczej podręczniku do ciekawej nauki próbuje nam pokazać autor. Mick O'Hare jest redaktorem naczelnym pisma NewScientist, które kojarzy się z "The Last Word" czyli rubryką w której to znajdują się rożne dziwne pytania nadesłane przez czytelników i próby odpowiedzi na nie. Właśnie w tu narodziło się część doświadczeń opisanych w książce.

Wszystkie przygotowane są tak by można było je zrobić samemu w domu. Cała książka podzielona jest na sześć części, które to wyznaczają nam gdzie w domu jakie prawo naukowe jest możliwe do sprawdzenia, lub co możemy tu zbadać, są to kuchnia, salon, gabinet, łazienka, warsztat i ogród. Czytając „Skamieniałość z chomika” możemy zauważyć, że większość chemicznych doświadczeń można zrobić w kuchni i salonie, a fizykę świetnie sprawdzimy w ogródku i warsztacie, łazienka to zaś mała pracownia biologiczna. Niektóre doświadczenia można wykonywać z dzieckiem, inne są przeznaczone wyłącznie dla dorosłych ( wszystkie alkoholowe z salonie). Wykonując doświadczenia nie potrzebujemy specjalnych odczynników czy sprzętu, problemy mogą być tylko przy doświadczeniach z alkoholami , bo tam trzeba już mieć dość bogaty barek. Nie które przykłady podane w książce są dość zaskakująco, bo kto wpadł by np. na pomysł, że w domu da się zrobić samemu plastyk, albo wyizolować próbkę własnego DNA. Czasami możemy się zdziwić, że zwykłe zjawisko jakim jest np. pienienie się piwa ma takie skomplikowane pochodzenie. Możemy się przekonać, że to nie złośliwość rzeczy martwych, a nauka czasem aż tak uprzykrza nam życie sprawiając, że np. próbując ostrożnie nalać mleka do szklanki oblewamy stół i podłogę.

Przeglądając „Skamieniałość z chomika” oprócz podziału na części zauważamy dość prostą konstrukcję każdego z doświadczeń. Za każdym razem jest jasno napisane co jest nam potrzebne, jakich efektów możemy się spodziewać i dlaczego wychodzą nam takie wyniki. Ciekawą sprawą są także przypisy od autora w których to poznajemy kulisy wykonywania doświadczenia oraz ciekawe informacje historyczne dotyczące np. odkrywcy danego prawa lub historii związanej z tym doświadczeniem. Czasem autor odsyła nas do stron internetowych, które mogą poszerzyć nasza wiedzę. Do niektórych badań dołączone są także ilustracje, ale opisy są na tyle jasne, że moglibyśmy się bez nich obyć.

Język jakim jest napisana książka to jedna z jej największych zalet. Wyjaśnienia zawierają terminologię naukową, ale odbiorca nie ma problemu z ich zrozumieniem. Jeżeli jest podana nazwa jakiegoś związku to autor wyjaśnia co to za związek, jakie ma działanie i co przypomina budowa jego cząsteczki. Opisy są tak skonstruowane, że uczeń może wykorzystać je w zadaniu domowym i nie zostanie posądzony o to, że nie rozumie tego co napisał. Jednym słowem czytając książkę nie potrzebujemy stosu encyklopedii i słowników. Ponadto autor nie stawia siebie jako absolutnej wyroczni, zakłada, że może się mylić. Zachęca nas to robienia tak zwanych prób kontrolnych (co może się stać jeżeli ich nie wykonamy możemy przeczytać już w pierwszym doświadczeniu) i sprawdzania, czy tak jest na pewno, czy to tylko przypadek. Mamy wrażenie, że autor tak samo jak my bawi się nauką.

Tytułowe doświadczenie czyli „Skamieniałość z chomika” znajduje się w dziale z eksperymentami do wykonania w ogrodzie. Autor od razu ostrzega nas, ze efekty nie pojawią się od razu. Dowcipnie informuje nas, że jeżeli tez chcemy być skamieniałościami to powinniśmy postąpić zgodnie z tą zasadą. W książce nie zabrakło także kultowych eksperymentów z jojo, z colą i mentosami (czy jest ktoś kto tego nie zna?) oraz tak zwanych „zielonych jajek”. Na końcu książki zamieszczono także bardzo przydatny indeks z nazwami, który pozwala wrócić do doświadczenia w którym znajduje się dany termin.

„Skamieniałość z chomika” to książka, która się nie nudzi. Czytając ją wiele razy ma się wrażenie, że o tym „truto” nam w szkole, ale gdyby ktoś to tak nam wyjaśnił i pokazał to lepiej by zapadło w pamięć. Zanim przeczytałam ta książkę poznałam inne tytuły z tej serii „Dlaczego pingwinom nie zamarzają stopy ?” i „Czy niedźwiedzie polarne czują się samotne”, więc byłam bardzo ciekawa, co tym razem autor przygotował. Nie zawiodłam się. „Skamieniałość z chomika” to książka zarówno dla dzieci jak i dla dorosłych, jednak szczególnie polecam ta książkę jako lekturę na wakacje dla nauczycieli, niech przeczytają i zobaczą jak można ciekawiej zachęcić ludzi do wybierania nauk ścisłych jako swojej życiowej pasji.

Tytuł: „Skamieniałość z chomika. Zrób to sam”
Autor: Mick O'Hare
Wydawnictwo: Insignis
Przekład: Maria Brzozowska
Oprawa: Miękka
Ilość stron: 245